Logo SGH

Podatkowa wańka-wstańka

Artykuł opublikowany w dzienniku „Rzeczpospolita”, 20-08-2010.

Choć politycy wciąż deklarują chęć uproszczenia podatków, to przepisy stają się coraz bardziej nieprzyjazne podatnikom.

Dyskusje o systemie podatkowym w Polsce nie ustają, a mimo to nie ma satysfakcjonującej poprawy. Nie sprzyjają temu kolejne jego zmiany. Narasta za to galimatias podatkowy. Rząd zapowiada wzrost stawek podatkowych i rent – po ich niedawnym obniżeniu. Istna wańka-wstańka.

Podatki wyznaczają możliwości finansowania wydatków publicznych, a zatem i zobowiązań państwa zadeklarowanych w rządowych programach rozwoju społecznego i gospodarczego. Trudno w dającej się przewidzieć przyszłości zakładać, że skala tych zobowiązań będzie się mogła radykalnie zmniejszyć. Narastają bowiem turbulencje społeczno-gospodarcze oraz rośnie skala coraz trudniejszych do rozwiązania, splątanych niemalże jak węzeł gordyjski problemów demograficznych, infrastrukturalnych, ekologicznych, zdrowotnych czy ochrony dziedzictwa narodowego.

Zatem należy się liczyć ze wzrostem wydatków publicznych. Jeśli tak, to nie sposób wykluczyć potrzeby wzrostu podatków – i raczej trudno tego uniknąć. Ale zanim sięgnie się po tak dotkliwe dla podatników rozwiązanie, należałoby zadbać, żeby najpierw (a przynajmniej równolegle) wykorzystywać inne mniej bolesne dla podatników i gospodarki formy racjonalizacji systemu podatkowego Gołym okiem widać, że to się wciąż nie udaje.

W obecnych warunkach ciężar opodatkowania przesuwa się coraz bardziej z przedsiębiorstw na osoby fizyczne. Nie bierze się w dostatecznym stopniu pod uwagę faktu, że zglobalizowane przedsiębiorstwa mają coraz więcej możliwości gry podatkowej i unikania płacenia podatków, zwłaszcza podatku dochodowego (CIT).

Sprzyjają temu też zmiany w rachunkowości, m.in. centralizacja rachunkowości w spółkach-matkach i ograniczanie jej do niezbędnych dekretacji księgowych w spółkach-córkach. To z kolei sprzyja rachunkowości agresywnej (określanej, nie całkiem poprawnie, mianem rachunkowości kreatywnej).


Postępujące schorzenie

W takiej sytuacji należałoby się zastanowić nad poszerzaniem bazy podatkowej, i innymi podstawami opodatkowania niż tylko przychody i zyski. Warto rozważyć koncepcję podatku majątkowego (w tym wciąż jeszcze nie wprowadzonego podatku od wartości nieruchomości, czyli tzw. podatku katastralnego) i racjonalizację opodatkowania konsumpcji. Sprzyjałoby to zmniejszaniu możliwości manipulacji podatkowych i skali unikania płacenia podatków.

Zmniejszałoby to ponadto poczucie niesprawiedliwości podatkowej. Majątku i konsumpcji nie da się bowiem tak łatwo ukryć jak zysku. W tym sensie wzrost VAT rokuje dla budżetu lepiej niż wzrost podatków dochodowych.

Zmiany w systemie podatkowym powinny raczej być dokonywane ewolucyjnie, a nie poprzez rewolucję prawa podatkowego (nie bez powodu uznaje się, że „stary podatek to dobry podatek”). Jednak mimo upływu kilkunastu lat od przełomu ustrojowego, nie udało się zracjonalizować systemu podatkowego. Przeciwnie zdaje się on być coraz bardziej chory i odległy od standardów racjonalności. Schorzenie nie polega bynajmniej na niewłaściwej wysokości stawek podatkowych.

Choć odczucie społeczne może być inne, to Polska nie należy przecież do krajów o ekstremalnie wysokich stopach podatkowych. Problem nie sprowadza się zatem do wysokości podatków, a głównie do niezmiennie fatalnej jakości i nieprzejrzystości systemu podatkowego.


Marnotrawstwo

Rezultatem jest wywołane przez system podatkowy ogromne marnotrawstwo potencjału społecznego i gospodarczego. Sprawia ono, że podatkowe wpływy netto (czyli po odliczeniu kosztów poboru podatków) do budżetu centralnego i budżetów lokalnych są znacznie okrojone.

Podatkowy efekt netto dla budżetu jest zatem tym mniejszy im wyższe są koszty funkcjonowania i utrzymywania infrastruktury podatkowej, w tym urzędów skarbowych. Zgodnie z prawem Parkinsona, występują tu sprzężenia zwrotne: rozbudowany aparat to czynnik sprzyjający narastaniu złożoności systemu podatkowego i odwrotnie.

Istotne są przy tym nieewidencjonowane przecież koszty utraconych przez budżet korzyści (koszty alternatywne). Stanowią one równowartość wpływów, jakie budżet państwa mógłby uzyskać, gdyby choć część, niemałego potencjału materialno-technicznego, angażowanego dotąd w infrastrukturę skarbową została wykorzystana na inne cele, np. została wynajęta lub sprzedana (dotyczy to przede wszystkim budynków, urządzeń technicznych i in.) i generowała wpływy podatkowe.

Nie sposób również pominąć utraconych przez budżet korzyści związanych z szarą strefą i korupcją w gospodarce oraz strat wynikających z przestępstw podatkowych. Są to zwykle zjawiska o nasileniu proporcjonalnym do złożoności systemu podatkowego i prawa generalnie.

Do utraconych przez budżet korzyści należałoby też dodać koszty „ofiar systemu podatkowego”, w tym następstwa bankructw firm, do czego może dojść w skrajnych przypadkach błędów podatkowych. Budżet traci wtedy nie tylko źródło wpływów podatkowych, ale ponosi też negatywne następstwa w postaci np. konieczności dodatkowych świadczeń dla osób, które straciły przy tym pracę.

Na to nakładają się koszty nasilających się ostatnio i w większości przegrywanych przez urzędy skarbowe procesów sądowych. To zresztą swego rodzaju kwadratura koła – jeśli podatnik je wygrywa, to i tak w końcowym efekcie są one finansowane z podatków.


„Huba” podatkowa

Utracone podatkowe korzyści budżetowe mogą też wynikać z narosłej na systemie podatkowym „huby” w formie firm doradztwa podatkowego, instytucji szkoleniowych, biur rachunkowych itp. Im bardziej złożony i nieprzejrzysty jest system podatkowy, tym ta „huba” większa. Uszczupla ona dochody podatników, co pomniejsza podstawę opodatkowania a zatem i wpływy budżetowe.

W pełni działa tu „prawo epidemii”: „Jeśli ci się polepszyło, to twojemu lekarzowi się pogorszyło”. Im bardziej system jest chory – tym więcej pacjentów mają jego „lekarze-doradcy”, potrafiący osłabić lub odpowiednio wykorzystać skutki „choroby”.

Listę kosztów i utraconych korzyści budżetowych można by mnożyć. Nie sposób przy tym w pełni zidentyfikować wszystkich następstw, zwłaszcza że niektóre są niemierzalne (lub nie do końca mierzalne, jak np. stresy i utrata renomy przez podatników oraz inne negatywne i dla nich, i dla budżetu skutki). Złe uregulowania biorą tu srogi „rewanż”:„prawa piszemy sami, potem one rządzą nami” (Sztaudynger). Zatem biada podatnikom. Im większa złożoność systemu podatkowego, tym większe prawdopodobieństwo popełnienia przez nich niezamierzonych błędów przy naliczaniu podatków.

Konia z rzędem temu, kto do końca pojmuje reguły podatkowe w Polsce. Wystarczy tu wskazać, że ustawa o VAT liczy obecnie ok. 186 stron, a do tego dochodzi ok. 40 rozporządzeń wykonawczych. Stanowi to, łącznie z interpretacjami urzędowymi, grubo ponad 1000 stron tekstu.

Zdumiewają przy tym niektóre nader szczegółowe zapisy sprzyjające manipulacji podatkowym. Widać, że „pedant i gafy ujmie w paragrafy” (znów Sztaudynger). Ustawa o VAT liczy ponad 70 tys. słów. Biada podatnikom! I pomyśleć, że na tak ważny tekst jak „Ojcze nasz” wystarczyło zaledwie 56 słów, na Deklarację niepodległości ok. 300.

Miał chyba rację Albert Einstein, uznając, że najtrudniejszą rzeczą na świecie są podatki. Ustawa o VAT z pewnością jest brudniejsza niż niejeden zawiły traktat naukowy. Np. w nader długich wykazach (liczących kilkaset pozycji) dotyczących produktów objętych stawkami 0,  3 i 7 proc. VAT wymienia się kilkanaście rodzajów ziarna i chleba. Zróżnicowanie dla poszczególnych produktów stawki podatkowe i ich mnogość to zaproszenie do manipulacji. W dodatku brak tu konsekwencji i logiki.

W artykule w „Rzeczpospolitej” z 27 lipca Tomasz T. Terlikowski naigrywał się, że mimo iż politycy uznają konieczność wspierania wielodzietności, to zarazem VAT na prezerwatywy wynosi 7 proc., a na wózki dziecięce 22 proc. Nieprzejrzyste są też inne zasady klasyfikacji produktów do poszczególnych poziomów opodatkowania jak też zasady zwolnień od podatku.

W takiej sytuacji trudno się dziwić, że system podatkowy postrzegany jest często przez polskich podatników nie w kategoriach obowiązku obywatelskiego, lecz represji i odwrócenia ról.

Konsekwencje mogą być daleko idące, także polityczne i obywatelskie (niewiara w państwo, sądownictwo itp.). Urzędnik skarbowy nierzadko jest postrachem nie tyle dla nieuczciwych podatników, co przede wszystkim dla tych o słabym zapleczu materialnym i prawnym. A dotyczy to większości małych i średnich przedsiębiorstw i większości osób fizycznych. Silne, bogate podmioty na ogół stać na usługi skutecznych doradców podatkowych lub zatrudnianie własnych specjalistów podatkowych oraz tworzenie i finansowanie wewnętrznych, własnych struktur zarządzania podatkami.

Jak zwykle więc – biednemu wiatr w oczy. Nie byłoby zatem nic dziwnego, gdyby do ligi pojawiających się ostatnio w Polsce jak grzyby po deszczu, różnej maści komitetów obrony, fundacji i stowarzyszeń dołączyło stowarzyszenie poszkodowanych przez system podatkowy. Sadzę, że na sukces mogłaby też liczyć fundacja ochrony podatników.


Gonienie króliczka

Zmiany regulacji prawnych w Polsce, nie tylko podatkowych, przypominają gonienie króliczka. System wciąż wymyka się spod kontroli. A im bardziej się wymyka, tym bardziej usilnie go się goni, uszczegółowiając regulacje.

A im bardziej szczegółowe regulacje, tym na ogół szybciej przestają przystawać do rzeczywistości. To generuje marnotrawstwo i zbędne koszty ponoszone przez podatników i gospodarkę. „Gonienie” skazane jest zatem na przegraną.

Przepisy podatkowe są już tak szczegółowe i tak często zmieniane, że nawet specjaliści tracą orientację. Cały system przypomina dziurawy, źle zszyty pachtwork. Wbrew zamierzeniom ustawodawcy, staje się on coraz bardziej nieszczelny. Im bowiem przepisy podatkowe bardziej uszczegóławiane, tym więcej jest okazji do ich omijania (już starożytni przestrzegali: przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa).

Uzdrowienie chorego obecnie systemu podatkowego to nie lada wyzwanie dla ustawodawcy i przede wszystkim dla ministra finansów. Warto może jeszcze raz pochylić się nad opracowaną w 1998 r. pod kierunkiem ówczesnego ministra finansów Leszka Balcerowicza białą księgą podatkową.

Jednym z ważnych warunków racjonalizacji systemu podatkowego jest, aby propozycje usprawnień nie były formułowane przez tych, dla których nieprawidłowości podatkowe są przysłowiową żyłą złota. Podatnikom (ale nie doradcom podatkowym) marzyłaby się np. ustawa o VAT licząca nie więcej niż na przykład jedną – dwie strony.

Jeśli jednak takie marzenie nie może się spełnić, to z pewnością istnieje szansa na chociażby przybliżenie do jego realizacji. Podatnicy mają przecież prawo oczekiwać uproszczenia i przejrzystości systemu podatkowego. Tym bardziej że całkowicie ten system finansują.


„Nieuk” pilnie poszukiwany

Choć deklaracji o uproszczeniu systemu podatkowego nie brakuje w żadnych programach rządowych, a zwłaszcza wyborczych, nic się nie zmienia. Prawo podatkowe staje się coraz bardziej złożone i dla większości podatnikowi mało czytelne. Zaś im bardziej wszystko wokół jest zawiłe, tym większa jest w nas potrzeba czegoś prostego.

Choć prawdą jest, że dość łatwo wszystko komplikować, a znacznie trudniej upraszczać, niemniej wszystko, co skomplikowane z reguły uprościć się jednak daje. Prawnicy, specjaliści od prawa podatkowego nierzadko podkreślają, że system podatkowy nie może być prosty i zrozumiały dla wszystkich.

Jeśli jednak nie dla wszystkich, to przynajmniej powinien być czytelny dla dużej części podatników. Ale obecnie, niestety, tak nie jest.

Nader przy tym często i – moim zdaniem – dość bałamutnie, złożoność przepisów tłumaczy się wymogami Unii Europejskiej. Jeśli rzeczywiście nie można poprawić i uprościć systemu – to biada nam i Unii!

Pozostaje jednak wiara w determinację reformatorów i życzenie, by spełniła się anegdotyczna recepta sformułowana przez Einsteina. Zapytany, w jaki sposób pojawiają się odkrycia przeobrażające świat, odpowiedział: „Bardzo prosto. Wszyscy wiedzą, że czegoś zrobić nie można. Ale przypadkowo znajduje się jakiś nieuk, który tego nie wie. I on właśnie robi odkrycie”.

Oby zatem taki „nieuk” znalazł się wśród reformatorów systemu  podatkowego.


Elżbieta Mączyńska

Elżbieta Mączyńska

Dr hab. profesor nadzwyczajny SGH (od lipca 1997), kierownik Katedry Zarządzania Finansami Przedsiębiorstwa (od września 2008), kierownik studiów podyplomowych: „Wycena Nieruchomości” oraz „Zarządzanie Nieruchomościami”. Pracownik naukowy Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN (od marca 1990); Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (od grudnia 2005 r.). Sekretarz naukowy i członek Prezydium Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów (1994-2005).
Zobacz inne artykuły autora »



Napisz komentarz


Premium Wordpress Themes